$HM = ''; include "css/css.css"; ?>

Adam Ruszczyński zaprezentował bardzo ciekawe wprowadzenie do tematu eugeniki w historii ogólnej, ja natomiast chciałbym się skoncentrować na dwóch aspektach, a mianowicie na historii eutanazji w III Rzeszy i na możliwościach oraz problemach związanych z upamiętnieniem ofiar tych zbrodni. Kilka uwag poświęcę także dydaktyzacji informacji o zbrodniach i ich sprawcach w Niemczech.
Historiografia ogólna rozróżnia trzy etapy eutanazji po 1933 roku, tj. po przejęciu władzy przez Hitlera i narodowych socjalistów w Niemczech. Do pierwszego okresu należą „Ustawa o zapobieganiu obciążonemu dziedzicznie potomstwu” z 1933 roku oraz przeprowadzane w następnych latach masowe sterylizacje przymusowe ok. 350 tysięcy kobiet i mężczyzn wybranych według kryteriów ideologii rasowej, tzw. Aryjczyków. Na skutek tych działań zmarło wiele tysięcy osób. Chciałbym podkreślić już na wstępie, że jeżeli mówimy o psychicznie chorych w III Rzeszy, to tylko i wyłącznie w rozumieniu nazistów, co nie ma wiele wspólnego z definiowaniem chorób psychicznych przez współczesną medycynę. Np. do chorób, za które dokonywano wtedy przymusowej sterylizacji, zaliczano też alkoholizm, lekkie psychozy, padaczkę lub tzw. aspołeczność. Do pierwszej fazy nazistowskiej eugeniki należało również rosnące zaniedbywanie rzekomo nieuleczalnych chorych. Prawdopodobnie kilka tysięcy pacjentów zmarło w latach trzydziestych na skutek zagłodzenia lub braku wystarczającej opieki. Samo zjawisko „sterylizacji przymusowej” występowało w tym czasie w wielu państwach. Ciekawszą zdaje się więc kwestia, dlaczego to właśnie narodowy socjalizm zapoczątkował systematyczny i wyrafinowany mord, a nie żadne inne państwo.
Ten rozwój prowadził do drugiej fazy eutanazji – do wymordowania psychicznie chorych w ramach tzw. akcji „T4” – „T4” to kryptonim adresu centrali ›Eutanazji‹ na Tiergartenstrasse 4 w Berlinie. Mord ten miał swoje korzenie w prymitywnym darwinizmie społecznym nazistów, według którego miała przeżyć tylko silna jednostka, słabsi byli skazani na zagładę. Nazistowska propaganda próbowała przybliżyć społeczeństwu tematykę eutanazji już w latach 30., np. poprzez filmy pokazywane w kinach, a nawet w treści zadań w podręcznikach do matematyki – uczniowie mieli przeliczać koszty budowy kliniki dla umysłowo chorych w stosunku do kosztów budowy domów mieszkalnych.
Dokładnie rzecz biorąc, akcję „T4” rozpoczęto w sierpniu 1939 roku od zamordowania dzieci i rozszerzono następnie na osoby dorosłe – najpierw w Rzeszy, a po pierwszym września 1939 roku również na terenach okupowanej Polski. Fakt ten jest dobrze znany w niemieckiej historiografii, niestety w opinii publicznej nie pozostawił prawie śladów.
Ta eutanazja stanowiła pierwszą próbę, sprawdzian, czy warunki techniczne i organizacyjne pozwolą na przeprowadzenie masowych mordów. Na początku nawet naziści nie byli pewni, czy znajdą personel medyczny (lekarzy, pielęgniarki), który byłby gotowy na przeprowadzenie zbrodni na taką skalę. W napaści na Polskę Hitler zauważył korzystny moment dla rozpoczęcia eutanazji – poprzez skierowanie uwagi opinii publicznej na operacje wojskowe i sukcesy militarne w napadniętej Polsce, nie musiał obawiać się jakichkolwiek głosów sprzeciwu ze strony społeczeństwa.
Fakt, że akcję „T4” rozpoczęto od mordowania małych dzieci, podkreślam dlatego, że mówi to wiele o kontekstach mordu i jego sprawcach. Pierwszymi masowymi mordercami byli ludzie wykształceni, po studiach akademickich i często z tytułami uniwersyteckimi, a więc nie błękitnoocy blondyni z SS, których dobrze znamy z filmów.
W trzecim etapie można wyszczególnić kilka kierunków rozwoju eutanazji: z jednej strony mordowano więcej chorych w obozach koncentracyjnych; z drugiej strony po sierpniu 1941 roku rozpoczął się okres, w którym mord eugeniczny, po protestach zarówno Kościoła katolickiego, jak i protestanckiego, przeprowadzano w jeszcze większej tajemnicy, przy czym rozwinięto lub zmodyfikowano metody zabijania. Te działania, często zwane dziką eutanazją, były wszystkim, ale nie chaotycznymi posunięciami. Nie zmniejszyła się intensywność mordowania, inicjatywa zagłady chorych nie wychodziła już z berlińskiej centrali, ale od lokalnych władz i gauleiterów. W tym czasie rozegrał się także znaczący aspekt Holokaustu: część personelu tzw. akcji „Reinhard”, to jest obozów zagłady w Treblince, Bełżcu i Sobiborze, a nawet w Chełmnie nad Nerem, rekrutowała się właśnie z personelu akcji „T4”.
Akcji „T4” przypisuje się szczególne znaczenie – nie tylko dlatego, że była pierwszym krokiem na drodze do Holokaustu, lecz również dlatego, że akcja ta zamyka kilkuletni proces, w którym naziści rozwijali swój program rasistowsko-eugeniczny, aż po masowy mord. Ale również ze względu na to, jak reagowało czy właściwie nie reagowało społeczeństwo niemieckie. Jakie warunki zostały spełnione, że wśród personelu medycznego znalazła się wystarczająca liczba ochotników gotowych do udziału w takiej zbrodni?
Ogólna liczba ofiar nazistowskiego mordu na chorych to 200.000 osób, w tym przynajmniej pięć tysięcy dzieci poniżej trzeciego roku życia i również ok. 10.000 pacjentów z Obrzyc.
Koncepcje miejsca pamięci ofiar eutanazji
Cały czas mówiłem tylko i wyłącznie o tym, co wiemy o akcji „T4”. Teraz zastanówmy się, czego jeszcze nie wiemy i – co ważniejsze – dlaczego dysponujemy tak skromną wiedzą. W gruncie rzeczy wiedza jest dziedziną aktywną: jeżeli coś (albo ktoś) nas interesuje, to automatycznie chcemy wiedzieć więcej. To jest podstawa rozwoju wszystkich nauk, z historią włącznie. I dokładnie tutaj spotykają się badania fachowców z jednej strony i zainteresowanie publiczności miejscem pamięci z drugiej – bo zresztą każde miejsce pamięci ma zwrócić uwagę, zainicjować reakcję, wzbudzić nie tylko współczucie, ale też gotowość na recepcję wiedzy dotyczącej powodów, dla których tam wisi jakaś tablica pamiątkowa, albo stoi jakiś pomnik itd. Krótko mówiąc, miejsca pamięci jako symbole – nie tylko w naszym kontekście, ale – w ogóle – mają tylko wtedy sens, kiedy treść i semantyka tego symbolu są mniej więcej znane.
Historiografia i pamięć nie są częścią wyłącznie historii. Historia pisze się dziś i tutaj, to jest w teraźniejszości, nie w przeszłości. Dyskursy, które nas zajmują ze względu na potrzeby społeczne, koniunktury powodujące, że jedna tematyka wydaje się ważniejsza od innej, nie pozwalają rozgraniczyć pamięci publicznej od badań historycznych. Te relacje widać wyraźnie, gdy przyjrzymy się zmianom w spostrzeganiu Holokaustu w ostatnich latach – również w Niemczech - polegają one na przyjęciu perspektywy ofiar i na indywidualizowaniu zamordowanych. Do kwestii eutanazji dochodzi również fakt, że sama eutanazja po 1945 roku, i w gruncie rzeczy do dzisiaj, jest tematem tabu – nie wynika to tylko z nastrojów społeczeństwa, lecz także z postawy rodzin ofiar. O Holokauście napisano chyba kilka tysięcy wspomnień i relacji ocalonych, o akcji „T4” w najlepszym wypadku kilkadziesiąt.
Jeżeli obecnie twierdzimy, że o tej zbrodni powinno oficjalnie pamiętać się w Berlinie, to jakie mamy w związku z tym możliwości? Konkretnie: co znaczy w tym kontekście pamięć? Jak może służyć miejsce upamiętniające cześć ofiar eutanazji?
Istnieje już coś, aczkolwiek zastanawiam się, czy warto o tym w ogóle wspominać: na terenie byłej centrali akcji „T4”, gdzie organizowano i planowano mordy, stoi obecnie gmach filharmonii berlińskiej. Obok niego umieszczono małą tablicę upamiętniającą ofiary. Ten jedyny znak pamięci już od lat uznawany jest za niewystarczający. Dyskutuje się głównie o dwóch możliwościach: można wspominać ofiary albo informować o sprawcach. Ale czy można robić to jednocześnie w jednym miejscu, tym bardziej w tzw. „państwie sprawców”?
W Polsce sytuacja jest oczywiście zupełnie inna. Każdy wie, kto był ofiarą, a kto był oprawcą. W szczególności dotyczy to zbrodni dokonanych w Obrzycach, ponieważ te tereny należą do Polski dopiero od 1945 roku. Dlatego bardzo łatwo powiedzieć z polskiej perspektywy: to nas nie obchodzi, to nie nasza historia. Porównywalne do sytuacji w Niemczech jest jednak jedno, a mianowicie przemilczenie i tabuizacja kwestii eugeniki i eutanazji przed 1945 rokiem.
Koncepcje mogłyby być następujące: wykreować symboliczne miejsce, w którym pielęgnowano by pamięć masowo wymordowanych w wyniku eutanazji. Ten model faworyzują przede wszystkim politycy. Problematycznym staje się jednak fakt, że przypuszczalnie tylko niewielki procent Niemców wie, że w III Rzeszy zabito również wiele tysięcy niepełnosprawnych. Jakiż sens ma miejsce pamięci, które upamiętnia coś, co jest większości nieznane? Do tego dochodzi inny problem: miejsce pamięci powinno przypominać o ofiarach i o zbrodniach. Jednak kwestia, czym kierowali się lekarze i pielęgniarze przy wykonywaniu mordu, pozostaje w takim miejscu pamięci bez odpowiedzi. A może jest to jedno z najważniejszych pytań?
Inną koncepcją jest budowa muzeum, w którym odwiedzający mogliby się dowiedzieć zarówno o zbrodniach, jak i o ofiarach, ale także o sprawcach. Ten projekt jest prawdopodobnie droższy niż symboliczne miejsce pamięci i dlatego wśród polityków cieszy się mniejszym zainteresowaniem – należałoby wybudować gmach, pomyśleć o koncepcji wystawy, do tego dochodzą koszy zatrudnienia personelu naukowego i administracyjnego itd.
Trzecia koncepcja, którą się obecnie dyskutuje, koncentruje się nie tak bardzo na pamięci mordów w ramach eutanazji, jak na kwestii, jakie wnioski z historii może wyciągnąć każdy z nas tu i teraz. 200.000 pomordowanych to straszna liczba, ale nie jest to jeszcze odpowiedź na pytanie, dlaczego ja osobiście muszę ponad 60 lat później uważać tę zbrodnię za ważną w moim życiu. Odpowiedź tkwi w rozważaniach Adama Ruszczyńskiego, a mianowicie w spostrzeżeniu, że tematyka eugeniki jest jedną z tych o wielkiej aktualności. Chodzi tutaj o podstawowe pytanie, ile jest warte życie, jak państwo i społeczeństwo obchodzą się z życiem jednostki – a tym bardziej z życiem tych, którzy są zdani na pomoc społeczeństwa.
Aspekt aktualności tkwi w szczegółach: na tle nazistowskich mordów eugenicznych można postawić pytanie, czy zachowanie Kościoła jest na miejscu, kiedy do debat o aborcji ciągle wtrąca eutanazję. Nie chodzi tutaj o tę jedną poprawną odpowiedź, lecz o wyczucie historycznego doświadczenia.
Ta koncepcja optuje za próbą rozszerzenia wiedzy ogólnej o akcji „T4”, szczególnie wśród ludzi tych dziedzin i dyscyplin, w których zbliżona tematyka często się pojawia. Dlaczegóżby studenci medycyny nie mogli uczęszczać na obowiązkowe wykłady o lekarskich zbrodniach w III Rzeszy? A przyszłym pielęgniarkom można by opowiedzieć, że państwo kiedyś uważało, że może samo decydować o życiu i śmierci swoich obywateli.
Ostatnia koncepcja, którą chciałbym przedstawić, jest kombinacją wszystkich trzech wyżej wymienionych – muzeum, którego celem jest wspominanie ofiar i informowanie o zbrodniarzach, także w formie kursów dla zawodów medycznych i społecznych.
Za aktualnością tej tematyki przemawia jeszcze jeden aspekt, który chciałbym teraz przedstawić. Już powiedziałem, że zainteresowanie wydarzeniami historycznymi wyłania się z nas samych. Ale co z okresem historycznym między masowym mordem w III Rzeszy a naszą współczesnością? Czy ten okres nie należy do tego samego kręgu tematycznego?
O Holokauście napisano w ostatnich latach wiele książek, w których zajmowano się postrzeganiem Zagłady Żydów po 1945 roku. Podobne publikacje w przypadku eutanazji to dopiero zaczątek. Fakt, że tematyka mordowania niepełnosprawnych została przemilczana po wojnie, jest również częścią tej historii. Do kontekstu tabuizacji należą również procesy sądowe przeciwko sprawcom. Z jednej strony nie brakowało procesów sądowych oraz śledztw prokuratury i z tym związanych materiałów sądowych, z drugiej jednak strony wyroki, przynajmniej do lat 80., stanowią ciemny rozdział sądownictwa niemieckiego – wiele procesów zakończyło się uniewinnieniem.
Na procesy i akta sądowe wskazuję dlatego, że są one dla historyków nie tylko ważnym źródłem wiedzy, ale także świadectwem czasu, w którym te procesy miały miejsce. Uniewinnienie jednego z lekarzy akcji „T4” w połowie lat 60. sala sądowa przywitała owacją na stojąco. To wydarzenie potrzebuje odpowiedniego wyjaśnienia oraz stawia znak zapytania nad cezurą roku 1945 w Niemczech. Innymi słowy, tematyka ta jest nam bliższa, niż się wydaje.
Jeżeli pytacie mnie Państwo, co konkretnie jest udziałem historii kliniki w Obrzycach jako miejsca masowego mordu, to oprócz zbrodni III Rzeszy wymienię proces sądowy zorganizowany przez Armię Czerwoną przeciwko personelowi, jak i proces przed sądem w Monachium w latach 60. przeciwko niektórym pielęgniarkom z Obrzyc, jak i berlińskie akta prokuratury w śledztwie w sprawie Waltera Grabowskiego, który był dyrektorem administracyjnym w Obrzycach i znikł w 1945 roku bez śladu.
Tak więc również całą powojenną historię tej zbrodni trzeba przedstawić w przyszłym muzeum. Wskazałem w moim wystąpieniu na fakt, że poprzez indywidualizację ofiar w dyskusji o Holokauście uzyskano w ostatnich latach ogromny wzrost zainteresowania i współczucia. W odniesieniu do ofiar eutanazji warunki debaty wydają mi się o wiele gorsze, po pierwsze dlatego, że dysponujemy minimalną liczbą osobistych relacji, po drugie tematyka ta była i jest wciąż tabuizowana nie tylko przez ogół społeczeństwa, lecz często również przez rodziny ofiar. Inaczej mówiąc: nazwisk wielu spośród pomordowanych pacjentów nie będziemy w stanie znaleźć, oni pozostaną w najlepszym wypadku szacowanymi liczbami.
Fakt ten ilustruje przykład Obrzyc: mamy cztery tysiące akt pacjentów, a zamordowano ok. 10.000 osób, tzn. najprawdopodobniej w 60 procentach nie będziemy mogli ustalić nazwisk ofiar. Widzicie więc Państwo, że pamięć o ofiarach eutanazji jest z wielu powodów zdecydowanie niełatwa. Ale może za kilka lat będziemy mogli odwiedzić muzeum lub miejsce pamięci o akcji „T4” w Berlinie. Dla historii mordu chorych wiele już znaczy, że w ogóle się o tym mówi tu i teraz, i nawet ponad granicami. Zwarzywszy na ilość debat o eugenice, jakie obecnie się toczą, można nawet powiedzieć, że tematyka ta jest teraz ważniejsza niż kiedykolwiek.