Angielski filozof i agnostyk Herbert Spencer przebił Boga osinowym kołkiem publikując w latach pięćdziesiątych XIX wieku swoją książkę pt. „Statyka społeczna”. Stwierdził na jej stronach, że ludźmi nie rządzi troskliwy i wszechmocny Stwórca, lecz prawa zimnej nauki. Spopularyzował przy tym pojęcie „doboru naturalnego”, które wkrótce miało zrobić oszałamiającą karierę. Spencer postrzegał biedę i głód w kategorii swoistej kary za nieprzystosowanie społeczne. Nieprzystosowani mieli jego zdaniem stawać się coraz biedniejsi i coraz gorzej wykształceni, by wymrzeć w finale zgotowanym im przez zimną naukę.

To wszystko nie powinno się zdarzyć. Ale czy na pewno? Dlaczego w kręgu cywilizacyjnym, który stworzył najbardziej wyrafinowaną na świecie filozofię i wielką religię judeochrześcijańską, a później oświecenie z jego świecką ideologią wszechogarniającego rozumu, można było w imię nauki i postępu dokonać zamachu na główne zasady nowożytnej demokracji – Wolność, Równość i Braterstwo, aby w końcowym efekcie unieważniać ideę miłości bliźniego?

Doskonałość bogów od wieków była dla ludzi ideałem i wyzwaniem zarazem, tak jak do dziś takim wyzwaniem jest dla wielu Mount Everest. Mit o Prometeuszu, wykradającym ogień – boski pierwiastek – dla dobra ludzkości, stał się wyrazem ludzkiego buntu przeciw dominującej pozycji bogów, ale także gorzko opłaconym tryumfem wolnej woli człowieka. Był czytelnym wyrazem uzurpacji polegającej na dokonaniu transferu cech boskich na śmiertelnych ludzi. Grecy byli szczególnie predestynowani do buntu przeciw bogom i to oni wytyczyli wyrazistą ścieżkę prowadzącą przez całą kulturę europejską, aż do czasów nowożytnych.

Jak zauważył Giovanni Reale, Grecy nie mieli ksiąg świętych uważanych za owoc boskiego Objawienia i tym samym nie posiadali stałej i niedopuszczającej zmian dogmatyki teologicznej. Ta sytuacja wprost zachęcała Greków do wolnomyślicielstwa. Chętnie też osiedlali się w faraońskim Egipcie, gdzie nadal była żywa, licząca już wtedy 2 tysiące lat (czyli dwie polskie państwowości od Mieszka I), znajomość geometrii i matematyki. Te ostatnie były dostępne jedynie dla wtajemniczonych i traktowane wręcz jako wiedza boska, pozwalająca zrozumieć relacje między makrokosmosem i ziemskimi bytami.

Dla Greków i Egipcjan wiedza była częścią religii – wystarczy sobie przypomnieć, jaką rolę u boku faraonów odgrywali budowniczowie wielkich piramid i świątyń. Niektórzy z nich byli wręcz uważani za bogów. Wielką czcią wśród egipskich elit intelektualnych cieszył się Thot – bóg mądrości, a temu pojęciu została nadana sankcja elitarności, zastrzeżona jedynie dla wtajemniczonych. Czyż można się zatem dziwić, że antyczni mędrcy byli zarazem kapłanami?

Zainteresowanie Greków wiedzą matematyczną i religią Egipcjan skutkowało niespotykaną nigdzie indziej eksplozją badań sytuujących arytmetykę, geometrię, zagadnienia harmonii, muzyki i proporcji w kategoriach boskiego aktu stworzenia świata. Zinwentaryzowanie tego wszystkiego przez Pitagorasa stworzyło filozofię –nową religię dla najbardziej wykształconych. Mądrość i religia nadal były tożsame, po prostu tym samym. Ale w antycznej Grecji, po raz pierwszy w dziejach Europy, lecz inaczej niż w Egipcie, mędrcy (niebędący kapłanami) wykreowali system filozoficzno-religijny, wedle którego celem życia człowieka było nie ciało, lecz dusza, mająca naturę wieczną i boską. Droga do oczyszczenia duszy wiodła przez naukę. Żagiew tej idei przejął Platon, dla którego znajomość liczby boskiej wiodła do poznania Duszy Świata.

Tryumfujące chrześcijaństwo, zwalczając gnozę, pitagoreizm, a w końcu i neoplatonizm, już od schyłku starożytności przygotowywało grunt pod rozbrat pomiędzy religią i nauką. Nie pomogło w tej kwestii nawet wchłonięcie sporej dawki neoplatonizmu i tryumf Aten nad Jerozolimą, do którego doszło w dziejach Kościoła zbyt późno. Antyintelektualizm Gregoriusa Aniciusa, czyli papieża Grzegorza Wielkiego, przez wiele stuleci był obowiązującym, kontrfilozoficznym trendem. Prześladowania Kopernika, Galileusza i Giordano Bruno nie były nadgorliwym wypadkiem przy pracy. Po prostu zbyt późno pojawiły się hasła Soboru II Watykańskiego i jeden z najwybitniejszych intelektualistów w dziejach chrześcijaństwa – Jan Paweł II.

Oświeceniowy racjonalizm zrobił swoje – rozdzielił harmonijne niegdyś pojęcia religii i mądrości. Nauka, zwłaszcza w XIX wieku, korzystając ze swobody badań i wolności słowa, zaczęła wznosić własny gmach wiedzy – nowej świeckiej wiary mającej rozwiązać wielkie problemy współczesnego świata bez udziału autorytetów religijnych. Filozofia znalazła nową inspirację w naukach przyrodniczych, sprowadzających ludzi do jednego z gatunków zaludniających naszą planetę. Była to rewolucyjna zmiana w podejściu do człowieka i jego drugie wygnanie z raju, pozbawiające go tym razem pierwiastka boskiej duchowości. To w XIX i XX wieku wielu koryfeuszy nauki zwątpiło ostatecznie w dzieło Boga jako zbyt niedoskonałe i postanowiło Go zastąpić doskonałym człowiekiem.

Naukowe ulepszanie ludzi zaczęto traktować jako analogię do trwających od tysiącleci udanych eksperymentów związanych z poprawianiem cech rasowych zwierząt. Teorie Tomasza Malthusa, Herberta Spencera i Karola Darwina stały się początkiem reakcji łańcuchowej, która w połączeniu ze statystyką eksplodowała niczym Supernowa, przybierając z czasem kształ najbardziej gorzkiego doświadczenia w historii nowożytnych badań naukowych.

Tomasz Malthus był przyzwoitym człowiekiem ubolewającym nad niesprawiedliwością systemu społecznego i nad biedą, ale obawiał się, że nawet rachityczna pomoc społeczna będzie konserwować nędzę sprzyjającą degeneracji ludzkiego gatunku. Żyjący nieco później angielski filozof i agnostyk Herbert Spencer przebił Boga osinowym kołkiem, publikując w latach pięćdziesiątych XIX wieku swoją książkę pt. „Statyka społeczna”. Stwierdził na jej stronach, że ludźmi nie rządzi troskliwy i wszechmocny Stwórca, lecz prawa zimnej nauki. Spopularyzował przy tym pojęcie doboru naturalnego, które wkrótce miało zrobić oszałamiającą karierę. Spencer postrzegał biedę i głód w kategorii swoistej kary za nieprzystosowanie społeczne. Nieprzystosowani mieli jego zdaniem stawać się coraz biedniejsi i coraz gorzej wykształceni, by wymrzeć w finale zgotowanym im przez zimną naukę.

Pogląd Spencera miał szansę kariery jako samosprawdzająca się przepowiednia, gdyż dziedziczona nędza sprzyjała przekazywaniu chorób takich jak gruźlica, jak również niedorozwojowi fizycznemu i umysłowemu. Miłosierdzie zostało potraktowane przez niego jako szkodliwy chrześcijański wynalazek.

W 1859 roku przyrodnik Karol Darwin w dziele „O powstawaniu gatunków” poczynił ważną konstatację, że dobór naturalny jest w istocie walką o przetrwanie w świecie zwierząt w warunkach ograniczonych zasobów i środowisk zmieniających się na przestrzeni setek milionów lat.

Kolejne doniosłe odkrycia biologii dowiodły istnienia w ludzkich komórkach jednostek dziedziczności, którymi według Spencera kierują jednostki fizjologiczne. Doświadczenia Grzegorza Mendla i ogłoszenie przez Karola Darwina w 1868 teorii gemmuli i ich wpływu na konstytuowanie się elementów płciowych oraz możliwości przekazywania cech następnym pokoleniom zaczęły tworzyć zręby współczesnej genetyki. Sukcesom biologii towarzyszyła tryumfalistyczna refleksja teoretyczna – „Jej wizjonerscy przedstawiciele ogłosili, że złe i dobre cechy nie są darem Boga, nie zależą od jego nieodgadnionych wyroków, ale przekazywane są z pokolenia na pokolenie zgodnie z prawami nauki”.

W ten sposób świat nauki dostarczył argumentów tym, którzy chcieli posunąć się o krok dalej i sprowadzić refleksję Darwina, dotyczącą świata zwierząt, do opisu ludzkich społeczeństw. Tak rodził się darwinizm społeczny, a jego zwolennicy okrzyknęli się samozwańczo planistami w nowej światowej wojnie wszystkich ze wszystkimi, nazwanej teraz walką o byt. Po wypędzeniu Boga – jak zwykłego przekupnia – z Panteonu Nauki, planiści społeczni potrzebowali nośnego hasła, aby wprawić w ruch wielką ideę „nowej, ulepszonej ludzkiej rasy”. Odtąd wszystkie ich działania miały się odbywać w imię postępu, który stał się istotnym składnikiem zabójczego koktajlu przygotowanego przez doktora Jekylla.

Katalizatorem reakcji ogarniającej cały świat stał się Franciszek J. Galton, człowiek obdarzony wielkim i niespokojnym umysłem, który połączył dwa greckie słowa w jedno – „Tak powstał termin, który zafascynował współczesnych Galtona, zainspirował jego uczniów, stał się obsesją następców, a w końcu przeciął XX wiek niczym miecz. Ludzie najznakomitsi i ludzie okrutni przyjęli go za mantrę kierującą ich działaniami. W imię słowa, które wynalazł Galton, rozbijać się będzie rodziny, przerywać ciągłość pokoleń, likwidować całe niemal narody. Słowo, które nakreślił na skrawku papieru, brzmiało: eugenika”.

To wszystko, niestety, nie zdarzyło się przypadkowo. Polepszanie rasy europejskich narodów i kwestia żydowska długo zajmowały nie tylko demonicznych nazistów, przypominanie o intelektualnych źródłach eugeniki jest dla wielu, również dla nas, Polaków, bardzo przykre. Ale zanim przedstawię Czytelnikom kolejne odcinki tej smutnej historii, chciałbym od razu poczynić istotne zastrzeżenie – stawianie znaku równości między powołującymi się na naukę mordercami (i to na skalę przemysłową) a naukowcami zajmującymi się modnymi w XIX i XX wieku teoriami ulepszania ludzkiej rasy byłoby nadużyciem. Faktem jest też, że wielu, a nawet zbyt wielu, nawet poczciwych, naukowców ochoczo zrzuciło całą winę na „tych okropnych nazistów”. Tę sytuację można porównać do filmowej historii doktora Jekylla i jego niechcianej mutacji, czyli Mr. Hyde’a, który w późniejszej nazistowskiej wersji zdarzeń przestał być niestety ekranową fikcją, za to z pełnym przekonaniem ubrał mundur Waffen SS i stał się potworem o nazwisku Mengele.

Adam Ruszczyński

Źródło cytatów: Black E. „Wojna przeciw słabym”, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2004, str. 48 i 52.