Projekt: „Lubuski barometr koniunktury gospodarczej - badania i analizy” współfinansowany jest ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki.

Zawartość

Artykuły PULS-u Nie jesteśmy idiotami!

Nie jesteśmy idiotami!


Z Adamem Urbaniakiem, przewodniczącym Rady Miasta Zielona Góra, rozmawia Michał Iwanowski

Jaki jest dziś najważniejszy problem gospodarczy Zielonej Góry?

Malejące dochody z podatku CIT (od osób prawnych). Z PIT-u też, chociaż nie jest on problemem gospodarczym, ale inwestycyjnym w szerszym znaczeniu. Chodzi tu głównie o przespanie przez władze miasta olbrzymiej koniunktury gospodarczej lat 2007-2008. Ale żeby być obiektywnym, to nie jest też tak, że władze zawaliły sprawę, nie ma nowych przedsiębiorców i miasto nie ma udziału w dochodach z podatku od osób prawnych. Można tłumaczyć to dekoniunkturą i spadkiem zainteresowania inwestycjami w skali kraju. Ale jeśli porównamy się chociażby z Gorzowem, to widzimy pewne niedogodności. Widać, że nasze dochody nie rosną tak, jak byśmy oczekiwali, że maleją nasze wydatki, w tym wydatki na infrastrukturę, które powinny w przyszłości napędzać kolejną koniunkturę.

Wśród przyczyn tego stanu, w programie wyborczym zielonogórskiej PO wyczytałem m.in. brak terenów inwestycyjnych w mieście. Priorytetem prezydenta Kubickiego, jak deklarował w ubiegłorocznej rozmowie z Pulsem, jest poszerzenie granic Zielonej Góry o kilka sołectw z gminy wiejskiej. Czy będzie na to akceptacja ze strony radnych PO?

Generalnie idea powiększenia miasta była zgłaszana w programie PO sprzed czterech lat i my tutaj zdania nie zmieniamy. Na to jest procedura i kalendarz. Nie jest to specjalnie skomplikowane, z formalnego punktu widzenia. Dlatego nasi radni, i ja kilkakrotnie, zwracaliśmy się z prośbą, by taki wniosek złożyć. On musi być złożony do dnia 31 stycznia danego roku. A więc już jeden styczeń straciliśmy. Gdyby prezydent chciał z taką inicjatywą wystąpić, to już dawno powinien działać. Pozostaje jeszcze pytanie o sens takiego kroku, ja uważam, że jest to zasadne. Chociażby dlatego, że park naukowo-technologiczny dla Zielonej Góry będzie realizowany poza granicami administracyjnymi miasta. Z tego właśnie powodu bezpośrednie korzyści z tej inwestycji, w postaci podatków od nieruchomości czy z tytułu rejestracji spółek w Kisielinie, do miasta nie spłyną. Nie podważając oczywiście znaczenia tej inwestycji dla rozwoju miasta i całego regionu.

To, co mnie zaniepokoiło w pana pytaniu, to fakt, że chodzi o poszerzenie tylko o kilka sołectw. W moim przekonaniu, gdyby miały następować jakiekolwiek „wrogie przejęcia" gmin, to trzeba się zastanowić w jaki sposób to zrobić. Mi się marzy, żeby stworzyć jeden silny organizm gminny na bazie obu gmin, jako całości. Ale kluczem do tego wszystkiego jest kwestia wzajemnego zaufania.

W sprawie parku naukowo-technologicznego w Kisielinie toczy się „cicha wojna" między prezydentem Zielonej Góry a panią marszałek. Rektor UZ, Czesław Osękowski, mówi, że wzajemna niechęć obojga tych osób nie może przekładać się na działania ich urzędów, a tak się niestety dzieje. Po której stronie barykady w tej wojnie pan stoi?

Po stronie pani marszałek.

Dlaczego?

Dlatego, że problem tego sporu jest troszkę nadmuchany. Rozmawialiśmy o tym z panią marszałek na klubie PO i pytaliśmy, czy jest tak, jak przedstawiają to media. Bo najczęściej podnoszonym problemem było dofinansowanie projektów, które mają być w parku realizowane. Przecież to nie zarząd województwa odpowiada za przejęcie ziemi od Uniwersytetu czy uzbrajanie tych gruntów. Otrzymaliśmy odpowiedź, że zarząd województwa musi traktować te projekty jak każdy inny projekt, ponieważ jest związany zasadami przejrzystości, bezstronności i transparentności i musi wybierać projekty najlepsze a odrzucać te słabo oceniane przez powołanych do tego asesorów. Ale przecież te projekty można poprawić i myślę, że to się w krótkim czasie stanie.

Jednakże w myśl zawartych umów, miasto powinno kupić ziemię w Kisielinie od Uniwersytetu, a tego nie robi.

Ja osobiście uważam, że pomysł kupowania tej ziemi przez miasto jest kompletnie bez sensu. Środki publiczne w kwocie 20 mln zł będą wydane na rzecz Uniwersytetu. Czy nie byłoby lepiej, gdyby to Uniwersytet sprzedawał te grunty inwestorom?

Uczelnia nie jest do tego powołana. Rektor przypomina, że nie taka była umowa. Trzeba było inaczej ją sformułować kilka lat temu...

Po pierwsze, uczelnia mogłaby otrzymać wsparcie eksperckie ze strony miasta bez konieczności zmian własnościowych. Po drugie, przy sprzedaży nieruchomości chodzi tylko o przeprowadzenie procedury przetargowej i o obsługę geodezyjną. Z tego, co pamiętam, to radny Brachmański z SLD sprzeciwiał się prezydentowi Kubickiemu, argumentując, że przecież miasto nie powinno być pośrednikiem w obrocie nieruchomościami. Chociaż, jeśli już pewne umowy zostały zawarte, to ja nie upieram się, żeby to wszystko wywracać do góry nogami.

Adam Urbaniak

Nic tak nie dzieli ludzi, jak pieniądze. Powodem dzisiejszych animozji między prezydentem Kubickim a marszałek Polak może być fakt, że po wyborach władze województwa z PO zdały sobie sprawę, że dofinansowując z funduszy unijnych budowę basenu i Centrum Sportowo Rekreacyjnego, sprawiły prezent Kubickiemu i otworzyły mu drogę do reelekcji. To pan przecież powiedział, że wystarczy dać małpie 100 mln zł i też wybuduje basen. Czy więc, jako polityk PO, uważa pan, że to był błąd?

W czasie, kiedy decydowało się dofinansowanie, to ten nieszczęsny basen w zbiorowej świadomości nie był już zwykłym budynkiem, ale jakąś ideą fix, złotym runem, szklanymi domami, jakkolwiek to nazwać. My, jako politycy, już nie mieliśmy odwrotu. Gdyby ktoś wtedy powiedział: zatrzymajcie się, nie budujcie tego, bo to bez sensu, to by popełnił polityczne samobójstwo. Nawet na łamach Pulsu pojawiały się zarzuty, także wobec mnie, że nikt wtedy nie pociągnął za ten hamulec. Ale w imię czego? Miasto wojewódzkie ma prawo oczekiwać takiej inwestycji, mimo że nie jest to inwestycja infrastrukturalna, ale typowo na „przejedzenie". Tak więc to nie była tylko kwestia odwagi, ale także zapotrzebowania na taką inwestycję.

Radni nie są idiotami. Przecież myśmy doskonale wiedzieli, że mieszkańcy powiedzą: nasz prezydent wybudował basen, należy mu się druga kadencja. Ja od prezydenta oczekiwałem, że na tym jego sławnym billboardzie będzie napisane nie „Dotrzymałem słowa", ale „Dotrzymaliśmy słowa". Teraz jest już na to za późno. Ale tutaj wychodzi moja polityczna naiwność. Pewien przedsiębiorca powiedział mi niedawno: „To jest polityka, trzeba być twardym i wykazywać się refleksem". A ja na to: „Masz rację, dlatego w tej kadencji zmienimy naszą politykę i będziemy wycinać jedną, drugą, trzecią inwestycję, bo dlaczego ktoś ma mieć sukces. Parafrazując klasyka - nie będzie niczego. Czy na tym ci zależy?". Przedsiębiorca na to: „Ale przecież trzeba współpracować!" No więc pytam: gdzie jest równowaga?

Spójrzmy teraz na sprawę prywatyzacji Lumelu. Tutaj też jest pan trochę między młotem a kowadłem, ale widocznie taka pana rola. Z jednej strony minister skarbu, Aleksander Grad z Platformy Obywatelskiej, forsuje niekorzystną dla miasta sprzedaż tej firmy Hindusom za niewielkie pieniądze, a z drugiej strony prezydent i radni z opozycji zabiegają o komunalizację Lumelu, na co z kolei budżetu miasta nie stać. Gdzie jest tutaj interes miasta?

W tym przypadku mam komfortową sytuację, bo wiem dobrze po której stronie jestem. Mam dbać o interes miasta i o zrównoważony budżet, później o interes mieszkańców, których to dotyczy, czyli o pracowników Lumelu, a dopiero na końcu mogę sobie myśleć o swoim interesie politycznym. Ale tutaj nie ma żadnego konfliktu. To nie jest problem, że minister Grad jest z PO.

Rozwiązaniem tej sprawy jest prosta zasada pomocniczości samorządu wobec prywatnego podmiotu. Wstrzymałem się od głosu w sprawie objęcia akcji Lumelu przez miasto. To nie jest dobre rozwiązanie, bo miasto nie powinno zastępować mechanizmu rynkowego. Sprawa będzie trudna, bo wojewoda wszczął postępowanie nadzorcze w sprawie naszej uchwały o objęciu akcji Lumelu. Ja przed tym przestrzegałem.

Miasto powinno było skontaktować się z tym hinduskim inwestorem, zaproponować mu współpracę w zamian za pewne gwarancje, na których zależy nam i pracownikom Lumelu. My, jako miasto, bylibyśmy niejako „bezpiecznikiem", gwarantem tego procesu prywatyzacyjnego. Stąd dobry jest pomysł z tzw. „złotą akcją", która nie wymaga zaangażowania kapitałowego ze strony miasta, choć pewnie przez ortodoksów wolnego rynku też jest nie do przyjęcia. Ale funkcjonowania Lumelu w charakterze spółki komunalnej w ogóle sobie nie wyobrażam.

Bo byłaby to firma upolityczniona? Synekura dla lokalnych działaczy partyjnych i samorządowych?

Niekoniecznie tak musiałoby być. Może wybrano by sprawnego menadżera. Ale szef firmy musi myśleć tylko o sprawnym zarządzaniu i pomnażaniu zysku, a nie o tym, jak zareaguje jego zwierzchnik polityczny, bo za jakiś czas, np. będą wybory. Poza tym nie znam w Zielonej Górze spółki komunalnej, może z wyjątkiem ZWiK, która funkcjonuje sprawnie pod względem rynkowym. Zresztą z ostatniego pisma Ministerstwa Skarbu wynika, że proces prywatyzacji Lumelu nie zostanie wstrzymany, a nasza inicjatywa wykupienia akcji jest spóźniona.

Dziękuję.

Rozmawiał Michał Iwanowski

Developed By Powered By
Copyright 2009 RocketTheme, LLC